piątek, 23 stycznia 2015

W oczekiwaniu na drozdy, sowy i dzięcioły...





       W domu pieńków było wielu...  Spróchniałe pnie starodrzewia wystające ze styczniowej ogrodowej zmarzliny. W pomrokach dziejów stodoły stał niegdyś pień, niczym element scenografii horroru z czarnymi zaciekami od ubijanego drobiu, przez co w ogień poszedł jako pierwszy.
  No i ten antagonista siekiery- dobry, bo kojarzący się z ciepłem pieców i dymem z kominów, służący do rąbania  innych pieńków... Wśród przygotowanych na opał belek, znalazł się ten amputowany fragment "wyleczony" przez dzięcioła, po czym uratowany przez palaczkę, która zaniosła go do spiżarni (?)...
   I żyli długo i szczęśliwie.

     W oczekiwaniu na drozdy, sowy i dzięcioły: wieczorami, kiedy nikt już rowerem po domu
 nie jeździ, a za oknami, na horyzoncie w górskich schroniskach  zapalają się światła, przy mołdawskim czerwonym, gorących kaflach, trzaskającym stropie i aktualnie wspominkowym maratonie filmów Davida Lyncha nieustannie planujemy, marzymy i dbamy o zdrowie. Ten rok będzie budujący ! Pozdrawiamy gorąco wszystkich czytelników :-) a w oczekiwaniu na konkretne wieści renowacyjne zapraszam do zerknięcia na  Fb wersję Mateusa .