poniedziałek, 1 września 2014

Oko w oko ze sputnikiem.




       Kilka lat temu, chwilę po tym jak stary, niczyj dom stał się własnością, jeszcze w oficjalnym szyku, po pierwszym szampanie z poprzednikami i pękiem antycznych kluczy w ręce... Weszłam wolno do pokoju pochylając głowę by nie otulić twarzy pajęczymi sieciami. Oczy piorunowała starannie zapastowana czerwona olejna podłoga, której zapach jakby frytury z rozpuszczalnikiem wciąż się unosił. Całe szczęście otrzymaliśmy zapasowy karton owego mazidła, które dziś tak ciężko dostać.Od modnej niegdyś, malowanej na ścianach łamigłówki a la Picasso z przewagą żółcieni, czarnych ukośnych kresek i akcentach dużych kolorowych krop można było się nabawić nierównowagi błędnika. Dzieło to od czasu do czasu  przerywały zadymione odciski po nie wiszących już obrazkach, słabo oświetlonych przez szereg okien zasłoniętych jedną plastikową firaną.W rogu tkwił wielki kaflowy, wczesno- XX- wieczny piec a pod nim węglarka z gazetami z modą z lat 50. Obok stało niemieckie łóżko z zapadniętym sprężynowym materacem zasnute eklektyczną welurową kapą z długimi frędzlami; dalej- na starannie przybitym gumoleum- stolik kawowy z lat 60. przykryty gumową ceratą- na nim susz w celofanie. Taki zestaw zastanych surowców może pogłębić rozprężenie duchowe - tak słyszałam, bynajmniej i żadne lecznicze bransoletki nic tu nie pomogą.Usiadłam na chwilę i patrzyłam na szafkę na wprost a dokładnie na wieńczącą ją ceramiczną popielniczkę w kształcie nienaturalnie długiego jamnika będącego efektem zmaterializowanego szczęścia- dlatego pewnie mam ją do dziś. Brnę dalej przez wizję lokalną własnego domu i zgłaszam cichutko, że poziom napotkanych wzrokiem materiałów wymiotnopochodnych został osiągnięty, czemu z satysfakcją przygląda się fluorescencyjny sprawiedliwy wiszący nad drzwiami... 
     Dnia następnego jak typowa "łańcusznica" (jest to postać poruszająca się na długość łańcucha na linii kuchnia -salon) sprzątałam przed parapetówką... tak, pamiętam dobrze, wtedy po raz pierwszy i ostatni widziałam delikatną postać, haftującą z szachulcowego okienka do majowego ogrodu... Podeszłam, przekręciłam kluczyk i zajrzałam z ciekawością do wspomnianej wcześniej szafki o nóżkach sputnika i chyba za młoda jestem, bo okazała się telewizorem jakiego jeszcze nie widziałam. Z przodu za kuloodporną szybą niewielki owalny ekran otoczony szarym tworzywem, pod nim coś jakby chłodnica samochodowa obciągnięta brązową tkaniną, z tyłu wielkie i przejrzyste centrum dowodzenia dla Pi i Sigmy. Pokrętła, wajchy, wskaźniki, w końcu- kabel z wtyczką ! który powił się do bakelitowego gniazdka i nic. Urobiona, sprofanowana, mopuję dzielnie olejnicę... W końcu przyjaciółka pić przyjdzie ! Myśl ta była bardzo głośna, bo oko ekranu wyraźnie się ocknęło, otworzyło szarą powiekę i wydaje się dziwnie lśnić... Mop z ręki leci, szczęka powoli opada, wpatruję się w hipnotyzujące okienko a staroświecki pokój zaczyna migać jak stroboskop na wieczorku zapoznawczym. Czuć bukiet rozgrzewającego się kineskopu, słychać przyspieszające cykanie - nadlatuje czy wybuchnie !? Widzeniem poklatkowym szukam wolnego okopu !  
 I już, wciskam się za piec, tymczasem na skaczącym czarno-białym ekranie projektuje się najstarszy serial o miłości w rodzinie odcinek numer 9800500694839283889. 



                                            Film pt. "Nie działa mi dekoder telewizji... !!!! "


video



   Wystąpili : Jamnik Popielniczka i niemiecki telewizor z roku 1961 model : Rafena Rekord 5 -wersja z drzwiczkami, wyprodukowany w Rafena Werke Radeberg.








PS:  Jestem Wam winna renowację - wiem i niedługo o tym, wszak pora nadchodzi najlepsza, na razie: plony zebrane, weki zrobione ;),drewno zwiezione i urlop jesienny mi się marzy...