środa, 24 października 2012

Oczyma dyni ...

    Czyli przed-halloween-owe opowieści z krypty  ;)



                                                        I     Zostanę, popatrzę...

       Zamglone świerkowe lasy, pagórki z powykręcanymi konarami starodrzewia, na tle ośnieżonych  radio- niebieskich Karkonoszy, idealnie skontrastowane z ciepłą sepią łąk - aż duszno od wzorowego romantyzmu. Fluorescencyjnie kolorowe cmentarze w oparach topiącego się, przypalonego sakrokiczu, gdzie pod bramami zakupoholizm zniczy ubrany w naelektryzowany płaszcz po kolejkowym ocieractwie z futrami wszystkich zwierząt lasu przechodzi w stan całkowitego zaspokojenia. Tym czasem w zapyziałym, wykolejającym się miasteczku - zdetronizowanej stolicy  nieistniejącego już województwa - pustki, rachityczne gołębie, atramentowe tablice unijne, kilkucentymetrowe warstwy plakatów, "sześć luksusowych galerii". Przepraszam na chwilę, szklane brązowe denko mego trunku wznosi się, robi krótkie zaćmienie słońca...aach ! Opuszczając butelkę widziałam człowieka, ale sierp słońca potraktował moje oczy jak kliszę fotograficzną i teraz, gdzie mrugnę- widzę: faceta, który wyłonił się z nieśmiertelnego sklepu "24 h"
 i przemyka na palcach, chytrze mijając ratusz, zadowolony - z wytartą reklamówką...Mrugając- sprawiam, że w opustoszałym mieście roi się od jemu podobnych...
   Rzut beretem od staromiejskich wież, bez możliwości ich zwiedzania (brzmi jak-" tylko bez całowania"...;),
w pewnym szachulcowym domu, spod podłogi strychowej jacyś dziwni ludzie wyciągają fantastyczne zdjęcie i  wyjątkowo zgodnie dochodzą do wniosku, że Halloween to musi być, baaardzo stare  niemieckie święto :)
                                     





                                                II     Zapach wosku, zniczy smród...

  Niegdyś dostojna, wystawna bądź skromna lecz z duchem- dzisiejsza forma pochówku ograbiona jest z magii rytuału, nad którym zatarł ręce otyły sakro-biznes. Świadomość śmierci przeraża nas, odrzucamy ją jak najdalej licząc na zdrowie i aktywność aż do setki, najlepiej pozostawiając atrakcyjne ciało.Czy jest to wykonalne? Chyba nie, ale takie podejście ma coraz więcej zwolenników. Pamiętacie światło i zapach prawdziwych woskowych świec? Architektura dawnych grobowców wciąż budzi respekt w porównaniu z nieładem i zubożeniem obecnej ( wcale nie tańszej). Do początku lat 80 -tych używano jeszcze pięknych, zabytkowych karawanów konnych; wśród pamiątek rodzinnych ostało się jedno takie zdjęcie:




 Mogłoby  tak pozostać- dziś "nowoczesność" zabiła "tradycję" a później- sądząc po efektownych dekoracjach- popełni samobójstwo. Czasem spędza mi sen z powiek pewna wizja : jadę wśród sztucznych lilii, nogami do przodu w bagażniku mercedesa...później- najbliżsi, kopcący plastikowe "dekorki" ... Ceremonia balansuje na pograniczu kiczu- gdyby chociaż zawierała taką jego dawkę, po której w psychice widza nic już nie byłoby takie samo - chyba wstanę, otrzepię się z ziemi i obrażę (obiecuję). A budzić się do życia potrafię z brawurą !  Kiedy by o tym nie opowiedzieć, jak nie w okolicach święta wampirów - taktownie i jak znalazł :). Ostrzegam, że historia niczym z horroru.
       Kilka lat temu, obudziłam się na XIX- wiecznej, pustej sali  pooperacyjnej o uroku nieczynnego dworca kolejowego, z neogotyckimi sklepieniami i jednym łóżkiem. Poderwałam się na raz ! Jakbym dla zabawy nurkowała w wannie, niestety- za wcześnie ?!? Podłączona do aparatury, ze zszytą klatką, spanikowana, w bezdechu, szarpałam się ile sił z włożoną do płuc rurą intubacyjną i nie mogłam jej wyjąć!!! Dusiłam się, usiłowałam dotrzeć do drzwi... z każdym ruchem  rwały się opatrunki, kroplówki, spadało jakieś urządzenie... Kiedy miałam już oczy szeroko otwarte...przybiegli, dali tlen, kłócili się ze sobą...  udało się :)
Czy przeżyłam? nie mam pewności, na pewno nie była to moja pierwsza śmierć- jestem profesjonalistką ;)

        zapraszam...;)

                                             

                                                                  III   Widziadła

       W listopadowej cmentarnej wrzawie można zahamować, wyłączyć kolor - spojrzeć monochromatycznie, wtedy, przez ułamki sekund słychać szwargot rozmów, brzmiący jakby tasowanie kart, zgiełk we wnętrzu ula. Przeszywający świat poza blogowy z prędkością  przewijanego filmu, każdy podmuch wiatru to kolejne centymetry poszarpanych draperii sukien i fraków... wypowiem to szeptem
 - Oni tu są... Zmierzch sezonu jarmarków nadchodzi wraz z pierwszym śniegiem, ale to jeszcze nie teraz - za chwilę, mimo znacznie obniżonej temperatury wciąż się snuje. Zlitowałam się nad XIX- wiecznymi fotografiami (a właściwie fotografiami widziadeł, utleniającymi się i znikającymi), leżącymi w brudnym kartoniku nasiąkającym deszczem.Tuż obok secesyjna kapa - targowa weteranka, z niezmiennym bo niesprzedawalnym  drobnym złomem i porcją ziemi. Jak wszystkie składy bez popytu- grobowiec handlu - namaka. Pęcznieją i pochylają się miśki, napełniają kieliszki, wciąga orzechowa okleina, pod ciężarem wody folie przybierają sylwetki antyków; stary zbereźnik na widok ubłoconych obcasów podżega do zakupu seksistowskimi tekstami, akordeon zwariował, tusz się rozmazuje...kocham ten stan - nic, tylko popatrzeć w kamerę i roześmiać się.








































PS:  Przybyła piaskarka, kompresor i elektrokorund, od przyszłego posta ( chyba, że znów mnie zniesie) wracam do renowacji :) o! i odpowiedziałam na wcześniejsze zapytania:) Do zobaczenia !

piątek, 5 października 2012

Ziemia i porcelana.

         Czasem trzeba się po prostu odezwać ludzkim głosem- ot,  taki- wpis dla wpisu uczynić.
Wszystko dla Was - karton pełen śmieci, który po segregacji "ekologicznie" wrzucam do sieci ;)
    Ale od początku.
    To podobno najprawdziwsze skrzydło jest. Pamiątka z jednej z pierwszych randek;
 oderwane pół mojego życia temu od znicza, który tak okropnie mnie wtedy skaleczył. Najprawdziwsza przeszłość, nieistotne wydarzenia, elementy mojej osobowości, które bez narracji nie mają żadnego sensu. Nie szkodzi- są mi drogie, więc dam im wieczność.
  Ale dzisiaj wieczność - już nie wartość,  więc dam bezkresną oglądalność...




Po demontażu parapetu, który oddalił się, by przepłynąć się w zimnym roztworze z sody kaustycznej, światło dzienne ujrzała  moneta pt "2 pfennig Deutsches Reich 1907"  i  kasztan. Chwileczkę,  proszę poczekać ( szum i kolorowe neonki) - niedoskonała " maszyna" do liczenia podaje, że kasztan tej jesieni obchodził  sto piąte urodziny ;).

         




Myślicie nieraz obrazami? Widząc coś, mam silne skojarzenie z którymś dziełem, sceną z filmu czy książki a nowo poznana osoba przypomina twór złożony z trzech innych wcześniej poznanych - rzucam wówczas hasłami, skrótami myślowymi, których nie rozszyfrowałby nikt prócz moich przyjaciół - cóż, ci są przyzwyczajeni.
       Poniedziałek rano: mąż wrócił z zakupami, otwiera bramkę, zwalnia, stawia powoli torby na ziemi...
 Żona jego jest w innym świecie/ stanie odmiennym, zwariowała bądź nie - uśmiecha się i mocno zajęta mierzy aparatem...
 Jedną z wizji jakimi przesiąknęłam jest cykl obrazów Johna Anstera Christiana Fitzgeralda ( 1819- 1906) :

                                                             "Kto zabił Rudzika?"


   No i sami zobaczcie...





   Poczuliście się zapewne jak w galerii ... Pomijając skromną rolę kota Ryszarda w tym akcie, hm... nie brutalizujmyż, trzeba przyznać że, szczur pięknie odszedł :)

     Wracając do tematu- historia najbardziej przeszkadza w pracy. Plewiąc w ogrodzie natrafiam na "skarb", biegnę "do" - on też rzuca pracę. Później czyścimy, oglądamy, następuje krótka wymiana zdań:  To ja odpalam internet  - a ja zrobię kawę (normalnie by nas wylali :)).




    Innym znaleziskiem ogrodowym jest kielich pamiątkowy z wizerunkiem budowli szczycie na Śnieżki.






      Ale wracając do tematu (jakiego znowu?)- otóż  nie ma dla mnie piękniejszego zestawienia niż ziemia i porcelana. Moje najstarsze wspomnienia sięgają chwil takich jak ta: chowam się na końcu ogrodu, udając że, nie pada i wcale nie słyszę dochodzącego z oddali wołania mamy, w upieprzonych spodniach wygrzebuję z ziemi pomiędzy warzyw porcelanowe kawałki. To było bardzo wciągające... wręcz "fetyszowskie" doznanie.


    Fascynacją straszą chyba od mojej świadomości jest  proces destrukcji. Szczególnie demolki czasu na  przedmiocie idealnym, aż do częściowego  unicestwienia. Odkąd pamiętam- zbieram destrukty.
Pociągają mnie... Wyobraźmy sobie tego procesu początek: formowanie, wypalanie, studzenie,
 ludzki dotyk, walanie się po nieistniejących już szufladach, upadki na ziemię, pękanie, kruszenie...
 i spróbujmy wyobrazić sobie taki dźwięk jaki wydawała ponad stuletnia porcelana podczas swojej destrukcji w przyspieszeniu 100 lat / 1 minutę ...  istny wrzask przedmiotu.
























 Drodzy Czytelnicy !  Minął ponad rok odkąd zaczęłam ( a niekiedy i zaczęliśmy) blogować w tzw. międzyczasie a moja praca została doceniona konkursowym wyróżnieniem z czego jestem ostatnio dumna :)
 Dziękuję za  zainteresowanie, komentarze, maile, będące dowodem na to że, naprawdę jesteście po tej drugiej stronie pleksy  :)  Dzięki, pozdrawiamy i ...                            



                                         do zobaczenia :)