wtorek, 14 lutego 2012

Szmaty

      Latami przynosiłam przedwojenne: firany, zasłony, lambrekiny, chwosty, poszewki, obrusy, serwetki, kapy, kilimy, elementy strojów, karnisze - pochodzące  najczęściej z początku XX wieku.Wykonane z muślinu, aksamitu, weluru, atłasu, adamaszku, bawełny, batystu, etaminy, tiulu... Gdy bieliźniarki pękały w szwach a ceny coraz rzadziej spotykanych oryginałów osiągają rekordy, kolekcję uważam za zamkniętą/otwartą. Zapraszam do obejrzenia paru eksponatów (tych z wierzchu). Z czasem firany zawisną we wszystkich oknach Mateusa, kapy trafią na łóżka, obrusy na stoły- zobaczycie je (prędzej,czy później) w akcji przy prezentacji urządzonych wnętrz.


 Na rozgrzewkę milutkie, nowe a jednocześnie zabytkowe,
 - romantyczny wieczór przy muzyce z patefonu.




 Rękawiczki  z czasów secesyjnych ok.1910r.


                               

Oficerki damskie, prawidła z 1927r. (sygnowane)

 Bawełniana koronka z lat 40-tych zdobiła brzeg półki w witrynie kredensu.

Firany  tzw."kołkowe" z lat 30-tych XX wieku ( nawet wiem z której kamiennicy przy ul. Sudeckiej w Jeleniej Górze- pamiątka rodzinna).


Firana z bawełnianego tiulu ze wstawkami, lata 20-te XX wieku.


 Firana z maszynowego tiulu i jedna z wielu maskownic znalezionych w domu.


 Muślinowe zasłonki wykończone mereżką do biblioteki (mebla) z lat 20-tych XX w.


                                  Mosiężne żabki i części do karnisza.             


                                   






                                                                 Lambrekiny        





Szydełkowy lambrekin.


 Poszewki




                            w stylu art-deco (chociaż polemizowałabym;)


Batystowa poszewka, na niej -chwost ozdoba klucza biedermaierowskiej komody.





Serwetki z  adamaszku z wyszywanymi inicjałami.
                                                                     
                                                                       Obrusy           


                           

Welurowy obrus (lata 30-te XX w.)


Obrus tiulowo -szydełkowy.


 Kapy i kilimy.





 Lwowski  kilim i bieżnik 1930 r.
                                                   
                                                                            











                                                               Kapy z Mateusa



Egzemplarz nr 2 -o nieco odmiennej kolorystyce


                                
                                           







poniedziałek, 6 lutego 2012

Drugie życie 150-letniej podłogi.

                                                                    
      Na początek, z okazji zacnych opadów śniegu, poruszę ważny temat
 - jak  grzać się w zimowe wieczory?
 Ryszard pokaże...
 Kotografia z fotem.  
                                       
                         


                         

     Ostatnio Ryszard wydawał się chory. Wrócił z wyprawy, z siwo-zielonym, pulsującym spojrzeniem i nie rzucił się na podany " wieprzolet"- to jego danie. Położył się na łożu a Tośka  spożyła za niego, jednak  wiąż czuła niedosyt. Podczas naszego śniadania  prosiła się o paprykę, wielokrotnie dostawała po czym wybiegała truchtem -zadowolona i dumna  jak rasowy kucyk. Poszłam zobaczyć do Rysia i widzę artystyczny kolaż: on -rozłożony w swojej wygniecionej, pełnej sierści pościeli, na nim- porozrzucana  znajoma papryka .Śpi -jak jakiś żul... Nic mu nie było. Wręcz przeciwnie - jak wskazywały ślady zbrodni po drzwiami - zwyczjnie upolował i zeżarł  gołębia. W całości.
 
     Brat Ryszarda nie zna grzejnika, żyje dziko i skromnie -stołując się oficjalnie na 4 domy
(ślicznie mu z mordki patrzy, prawda?:).

                         


 A teraz  zapraszam na...
 " Drugie życie 150-letniej podłogi."
                                                    


Witajcie.
 Siadajcie proszę;)
 Na rozgrzewkę zróbmy sobie chociaż z 70 m2 podłogi, po przerwie 90m2 a nastepnie kolejne 160m2... 






       Dawno temu, podczas naszego przyjęcia weselnego, podziwialiśmy zabytkowe podłogi w pałacu w Staniszowie. Były świeżo po renowacji wykonanej przez znajomego, który zdradził nam parę tajników, którymi chętnie się  z Wami podzielę. Może ktoś się pokusi  i więcej starych podłóg ocaleje...   Zapragnęliśmy  mieć takie w Mateusie - co prawda w wiejskim domu, w nienajlepszym stanie ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby potraktować je jak zabytek, w końcu- mamy czas:)
      Celem jest ocalenie i zachowanie wartości zabytkowych  tego domu jako wiarygodne świadectwo przeszłości ( czytaj:  żeby nasza córka zrozumiała nasz wybór). Można oczywiście pójść na skróty,wypiaskować i  zaprosić cykliniarza a już po dwóch -trzech dniach cieszyć się  z idealnie równej, błyszczącej powierzchni mając do niej stosunek jedynie estetyczno-użytkowy (z naciskiem na to drugie i to też jest ok). Niestety- dla prawdziwych straceńców ta droga byłaby zbyt prosta, więc wybieramy pracochłonną  i dłuższą (ale czego się nie robi dla Mateusa:)). Uzasadniając podejście konserwatorskie, które jest  tu  jedynie  fanaberią (w odróżnieniu od użytkowego),  chcemy zachować ślady czasu ,dawnego rzemiosła i historii zapisanej na powierzchni  150-letniej podłogi bo tę cechę uważam za  bezcenną.  Będąc zwolennikami\niewolnikami  takiego podejścia  automatycznie musimy odprawić cykliniarza , którego bezkompromisowa maszyna pożarłaby właśnie to, co chcemy zachować. Czy wówczas nadal mielibyśmy do czynienia z tym samym?. Zastanówmy się czy np." przerzeźbiając" na nowo np. renesansową płytę nagrobną  wciąż mamy z nią do czynienia? Otóż, nie. Mamy całkowicie nowy twór odwołujący się do stylu renesansowego. Za materiał posłużył oryginał, którego możemy się jedynie doszukiwać, lecz co z tego, skoro już go nie ma, ponieważ obiekt "uległ  konserwacji". Usunęliśmy  substancję zabytkową  ( ślady dłuta kamieniarza (tzw. rękę mistrza), oryginalną powierzchnię naznaczoną patyną, wiekami użytkowania, a powierzchnie uszkodzone, spylone- usunęliśmy zamiast zabezpieczyć ,uratować nie mówiąc już o krzywiznach ,"ostrości" rysunku a przede wszystkim autentyzmie ) raz  na zawsze pozbawiając go   wartości, której  nie stanowi sama bryła piaskowca bo te do dziś leżą w kamieniołomach gór stołowych i trudno przypisać im jakiekolwiek cechy dzieła sztuki.
    Jako ilustrację do tematu wybrałem XVII- wieczny  portal  pałacu w Wojanowie- do niedawna świetnie zachowany- w stanie "spod igły". Na zdjęciu widać efekty niedawnej "konserwacji" metodą sprowadzającą się do trzech składowych: mocna maszyna (myjka lub piaskarka) + grube ścierniwo + duuuże ciśnienie.
 Efekt- było szare -jest białe- znaczy "odnowione" -tak, okiem gościa hotelu.


 Okiem kogoś ,kto widzi nieco więcej- zwyczajny destrukt -zniszczony zabytek. Podobną pieczołowitością wykazano się przy renowacji wielu innych detali tego i dziesiątek innych obiektów. Fakt, że ten przywrócony do życia pałac wygląda jak rezydencja z "Mody na sukces" czy innej "Dynastii" budząc powszechny zachwyt nad "kunsztem" renowatorów, jakoś do mnie nie przemawia...


Ten przykład możemy przenieść na cokolwiek innego- w wersji łagodnej jest to np. nieudolnie przemalowany fresk (o ile przemalowania można usunąć); w wersji nieodwracalnej-  przekuta ,w dodatku siermiężnie ,kamienna inskrypcja.

      Wracamy do dech. Wprawdzie wytarte dechy to nie antyczna rzeźba ale dla osiągnięcia efektu całości należy przyłożyć się także to szczegółów (w dodatku przyziemnych). Mamy nieskończoną ilość starych sosnowych klep, "pomalowanych" farbami olejnymi w kolorze czerwieni i orzecha.Farba ta dostała się do każdej z milionów dziurek po ( już nie aktywnych) kołatkach, wgniecenia po kamykach, dołki wypalone  węglem wypadającym z pieców, plamy, mursz,widoczne ryfle i ślady ludzkich stóp- tutaj ani jeden fragment  nie ma równej powierzchni . Brzmi paskudnie  -pozornie, bo zależy nam na ocaleniu
   TEGO:


Wyjaśniam o co chodzi, bo to ,co widać na zdjęciu na pierwszy rzut oka wyglądać może -a jakże- paskudnie.
Otóż, sosnowe drewno jest drewnem miękkim a co za tym idzie- podatnym na ścieranie.Oczywiście przy użyciu maszyny. Proces ten trwa znacznie dłużej, jeśli rolę szlifierki pełnią... stopy.W dodatku owa miękkość
drewna nie dotyczy sęków czyli miejsc wrośnięcia gałęzi w pień- są one znacznie twardsze niż dębina. Dlatego po latach chodzenia po sosnowych dylach sęki uwidaczniają się w postaci "pagórków".
Taki efekt jak na zdjęciu jest śladem pozostawionym przez wiele pokoleń.
Szczegóły- jak ten-są dla nas istotną częścią sensu zamieszkiwania w starym domu. Mam nadzieję, że również dla wielu z Was;)

    Pozostaje do omówienia lista szczegółów technicznych. Po pierwsze- najlepszą metodą pozbycia się wielu warstw olejnicy funkcjonującej po wojnie jako farba do podłóg w kolorze orzechowym
(taak - prawie nie do odróżnienia...) -skuteczną, szybką a jednocześnie stosunkowo mniej brutalną jest piaskowanie. W naszym wypadku, niestety musiałoby się odbywać w zamieszkałym domu i z tego powodu pomysł upadł.
1. Ługowanie:
 Postawiliśmy na rozpuszczenie farby przez ługowanie czyli za pomocą  roztworu sody kaustycznej.
 Soda kaustyczna jest silnie żrącą substancją - zanim przystąpimy do zmywania, trzeba się dokładnie osłonić ( grubsze gumowe rękawice, buty). Uwaga na dzieci i zwierzęta ! W razie poparzenia - należy szybko przemyć wodą.Używamy narzędzi jedynie z tworzywa sztucznego - naturalne rozpuszczą się.
 Po wielu próbach - sami opracowaliśmy taką oto metodę:
Okłady z włókniny wiskozowej (lub innego materiału nasiąkliwego i z koniecznie z włókien sztucznych (soda kaustyczna rozpuszcza materiały organiczne)) namoczonej w zimnym (bo bezpieczniej) roztworze sody
 (10- 12 % roztwór - przy mocniejszym drewno ma tenedencję do szarzenia ), rozkładamy na paru metrach podłogi, zachowując dystans od ścian ( by nie nasiąkały). Całość przykrywamy folią (żeby nie wysychało), wygładzamy by pozbyć się pęcherzy powietrza - i niech się rozpuszcza :)

   Dodatkową  zaletą tej metody jest dogłębna dezynfekcja drewna (bakterie, grzyby, ewentualnie insekty- patyna a brud to dwie różne sprawy).
Po upływie około 40 minut, ściągamy okład, zbieramy zmydloną farbę (czyli już samą zawiesinę barwnika) wyciśniętą gąbką (najlepsze są żółte z Lidla;), którą płuczemy często wymieniając wodę (aż do efektu "czystej gąbki"). Przy większej ilości warstw bywa, że zabieg trzeba powtórzyć. Staramy się nie namaczać nadmiernie drewna.Wiskozowe ścierki płuczemy i używamy ponownie. Póki drewno jest mokre, za pomocą noża lub wąskiego dłuta z łatwością czyścimy szczeliny między deskami, usuwamy kity, kamyki, ziemię a cykliną zdzieramy resztki farby którą, nie chwycił ług. Po lekkim przeschnięciu zgarniamy pozostałości szpachelką. Podłoga schnie około 3 dni, sprawdzamy czy powstały wysolenia i ewentualnie zmywamy je. Soda jest popularnym środkiem do udrożniania rur, w tak niewielkim stężeniu można ją bez obaw wylać do wc.






 Przy okazji zmywania odnalazł się wypalony ślad  po żelazku na węgiel - ktoś je kiedyś załadował żarem i postawił pod piecem by się rozgrzało  ( za dobudowaną w latach 30-tych ścianką stała jeszcze do niedawna koza).  Myślę, że w epoce nowoczesnego prasowania parą, ślad żelazka na węgiel drzewny bądź na duszę (metalową sztabkę rozgrzewaną w palenisku) będzie dla naszej córki conajmniej średniowieczny:)


2.Wstawki:
Ta jest "oryginalna"- ze sklejki (wczesne lata 50-te ?).

A pod spodem...

...dziura po węglu -prawie na wylot (!)

 Wstawki wykonujemy następująco (kurs obrazkowy):









 
Po wklejeniu wstawki (klej do drewna- najlepszy jest rakol) można ją w 2-3 miejscach przybić gwoździkami (najlepiej nie do końca , żeby można je było łatwo wyciągnąć po wyschnięciu kleju- obcęgami, gdyby ktoś miał wątpliwości;) )
Wstawki szlifujemy szlifierką kątową: najpierw papierem grubym- 40 lub 60, aby zrównać je z poziomem podłogi (ostrożnie-im mniej dziur po szlifierce tym lepiej. Jeżeli ktoś nie do końca panuje nad szlifierką ,najlepiej jeśli poćwiczy na dowolnej zbędnej desce z papierami różnych gradacji (im grubsze- tym większy opór i ryzyko szarpnięć zwiększające ryzyko "wyszarpania" dziur).
Uwaga :Jeżeli  planujemy wstawkę w miejscu bardziej "zjedzonym" przez kołatki, dobrze jest lekko przeszlifować podłogę w na nieco większej powierzchni niż zajmuje sam ubytek- ta czynność pozwoli określic optymalny zasięg wstawki poprzez odsłonięcie korytarzy ukrytych pod warstwą wierzchnią  drewna
i od razu objąć je powierzchnią wstawki. (jeżeli zrobimy inaczej- po szlifowaniu będziemy mieli wsawkę otoczoną rojem otwartych korytarzy, co wygląda kiepsko i utrudnia wykańczanie.

 Ilość przepaleń wskazywałaby na... eksplozję pieca kaflowego (?) Właściwie to cud, że nasz dom wciąż istnieje:



3.Szlifowanie 
To najtrudniejszy etap. I najbardziej męczący ze względu na hałas i pył i pozycję w czasie pracy (kolana !).
Wyższość szlifierki kątowej (flexa) nad cykliniarką polega na bez porównania delikatniejszym obchodzeniu się ze szlifowaną powierzchnią. Daje możliwość wygładzenia powierzchni przy jednoczesnym zachowaniu zastanych krzywizn i wyobleń decydujących o estetyce- osiągnięcie tego efektu wymaga jednak pewnej finezji, "pływania" między "cennymi" nierównościami - panowania nad  narzędziem, a nie przysłowiowego "darcia na chama". Rzecz jasna- coś za coś- porównanie wydajności (w zestawieniu z cykliniarką) nie ma większego sensu. Przed szlifowaniem najlepiej "dobić" przy pomocy młotka i punktaka wystające łby gwoździ poniżej powierzchni ,chyba że mają być widoczne po zakończeniu renowacji (wtedy- "na równo")
  Przy pomocy flexa (papier nr 60, następnie 80 i 100) wyrównujemy mechaniczne uszkodzenia, zadarte drzazgi, a przede wszystkim zapadnięte słoje- te ostatnie mają wprawdzie znaczenie dla  wrażenia "wiekowości" leżących poziomo starych, sosnowych desek, ale nie w takim stopniu jak wyżłobienia "komunikacyjne" o których pisałem wcześniej, za to uniemożliwiają praktycznie wykończenie podłogi ( o utrzymaniu jej w czystości nie wspominając) -jest to więc konieczny, minimalny kompromis.
 Po ostatnim szlfowaniu (papier granulacji 100 a lepiej 120) całość podłogi wodujemy, czyli po prostu przecieramy mokrą szmatą i zostawiamy do wyschnięcia. Zabieg ten ma na celu nie tylko podniesienie włókien drewna (czyli de facto- najmniejszych drzazg) ale także wydobycie na wierzch wszelkich wgnieceń i śladów uderzeń, także spowodowanych szlifowaniem- woda wysychając sprawia, że "puchną",dzięki czemu znikną podczas ostatniego szlifownia w następnym etapie.

4.Szpachlowanie 
Wbrew pozorom- nie jest to sprawa prosta. Po pierwsze- istotny jest kolor (zwłaszcza jeżeli chcemy utrzymać podłogę w kolorze naturalnym, bez wykańczania barwną powłoką. ) Nie łudźmy się- fabryczne kolory szpachli zazwyczaj mają się nijak do rzeczywistości, nawet jeżeli określone są mianem "ciemna sosna" lub "stara sosna" .Zazwyczaj są po prostu zbyt jasne- taka szpachla wygląda potem dość szpetnie- używając żargonu renowatorów mebli -"świeci". Generalną zasadą jest, że "milsza" dla oka jest szpachla nawet nieco (podkreślam- "nieco") ciemniejsza niż zbyt jasna. Dlatego wchodzi w grę eksperymentowanie z kolorami typu "jasny orzech". Osobiście używam szpachli fabrycznych w dużych opakowaniach (min. 2kg).
Dobarwiam je płynnymi pigmentami do farb ściennych (zwykle brązowym do przyciemniania oraz żółtym i ewentualnie odrobiną (!) czerwieni w celu "trafienia" w kolor. Rozrzedzoną płynnymi pigmentami szpachlę ponownie zagęszczam talkiem technicznym (szpachla ma być na tyle gęsta, aby nie "siadała" w procesie wysychania, bo proces będzie trzeba powtórzyć).
     Jednak znacznie łatwiej jest wykończyć podłoge ciemniejszą powłoką niż poprawnie dobrać szpachlę do wykończenia bezbarwnego. Oczywiście, w procesie cyklinowania jest to znacznie łatwiejsze- pył powstały ze szlifowania mieszamy ze spoiwem typu "Capon-szpachla" i rozprowadzamy po całej powierzchni podłogi- ale nie takiej, w której wypukłości i szczeliny między deskami mają byc integralną częścią jej estetyki. Ponadto -wdychanie takich ilości toluenu nie każdemu hmm... służy.
     Przed szpachlowaniem należy przyjrzeć się otworom po kołatkach (mylonych często z  kornikami- te żyją w lesie pod korą żywych drzew). Ostateczne szlifowanie -po wyschnięciu szpachli "otworzyłoby" korytarze ciągnące się wzdłuż słojów ukryte pod cienką warstwą drewna w dużym stopniu niwecząc efekty szpachlowania. Dlatego należy je pootwierać wcześniej ,za pomocą noża lub nawet cienkiego śrubokręta.Część jest widoczna dzięki wodowaniu w postaci spuchniętych "garbów". Najlepiej jednak przeciągnąć narzędziem między słojami wzdłuż  miejsc "zjedzonych", lekko naciskając ostrzem. Wtedy zakres ewentualnych poprawek po szlifowaniu będzie niewielki .
 Szpachlujemy dość mocno wciskając szpachlę w dwóch kierunkach (na "krzyż")- najlepiej twardym narzędziem. Osobiście używam tępego noża szewskiego o prostym ostrzu ,wykonanym z resztą samodzielnie ze starego brzeszczota (szerokiego) do metalu) , ale zwykłe szpachelki  też wystarczą , byle twarde. Szpachlujemy w taki sposób, aby nie tworzyć "górek" utrudniających późniejsze szlifowanie, ani nie napychać jej do miejsc, z których trudno ją potem będzie usunąć- w tym wypadku-  szczelin pomiędzy deskami.Szpachle schną zwykle ok 2-3 godzin, ale przy większych ubytkach bezpieczniej jest poczekać do następnego dnia.
  Opisany tok czynności jest odpowiedni przy założeniu,że w drewnie nic "nie siedzi". Przy starych podłogach raczej się to nie zdarza- kołatki lubią drewno odpowiednio wilgotne i "świerze". Starego i suchegodrewna ,zwłaszcza iglastego nie lubią- dlatego w pewnym momencie się wynoszą.  Gorzej ma się sprawa ze spuszczelem a tym bardziej z trzpiennikiem- w starej podłodze trafiają się rzadko, ale zniszczenia przez nie powodowane są na tyle duże, że taka deska moim zdaniem nadaje się raczej do wymiany (można ratować drewno konstrukcyjne (np więźbę dachową) czyli takie, w którym wykończenie powierzchni nie odgrywa większej roli).
    
5.Wykańczanie powierzchni  

 Gdy szpachla wyschnie, przeszlifowujemy całość szlifierką mimośrodową, papierem o granulacji 150.
W miejscach z dużą ilością zaszpachlowanych otworów po kołatkach staramy się szlifować w miarę ostrożnie, wykorzystując bardziej szorstkośc papieru niż dociskając szlifierke do podłogi, gdyż mimo otwierania korytarzy przed szpachlowaniem i tak mogły  się zdarzyć niedopatrzenia, jak szpachla  wciśnięta nie dość mocno.
    Po szlifowaniu mechanicznym warto kawałkiem papieru ściernego (100 lub 120) dodtrzeć do miejsc niedostępnych dla urządzenia i  np  skantować krawędzie szpar między deskami dla lepszego efektu końcowego. Po tym zabiegu całość powierzchni odkurzamy (przydałby się odkurzacz warsztatowy, a jeśli go nie posiadamy, należy (dla dobra odkurzacza) możliwie dokładnie zamieść podłogę i dopiero wtedy odkurzyć).Odkurzanie wydobędzie ewentulalne niedopatrzenia i braki w szpachlowaniu- można je teraz "na szybko" uzupełnić i drobnym papierem- nawet ręcznie "dopieścić".
    Zostało pokrycie powierzchni powłoką wykańczającą. Osobiście nie gustuję w widoku starej sosnowej podłogi pokrytej grubą warstwą błyszczącego lakieru.
     Po pierwsze-podłoga w domu nie powinna przypominać parkietu do gier zespołowych, a jeśli wykonana jest z sosny- to zdecydowanie się do tego nie nadaje, włącznie z tańcami, (chyba, że tańczymy w filcowych kapciach).
     Po drugie -pokrywanie podłogi z miękkiego drewna twardym lakierem o wysokiej odporności na ścieranie na dłuższą metę się nie sprawdza z  prostego powodu - miękkie drewno pracuje mocno - rozszerza się i na powrót zsycha, często pęka i wygina się (np. zdolność sosnowej deski do zmiany szerokości sięga nawet 30%). Po jakimś czasie lakier zaczyna pękać łuszczyć się i odpadać całymi płatami a renowacja takiej powierzchni musi być całkowita (naprawy miejscowe są mało realne) i kosztowna. Oczywiście zupełnie inaczej jest w przypadku drewna twardego, np dębowego parkietu lub sklejki typu deska barlinecka, ale o panelach nie rozmawiamy;)
     Po trzecie wreszcie -nawet najbardziej zajechana cyklinowaniem (czytaj : idealnie wyrównana) sosnowa podłoga może wyglądać "klimatycznie" jeśli odpowiednio (pod względem estetyki) dobierzemy rodzaj wykończenia do rodzaju wnętrza.
    Mając to wszystko na uwadze zdecydowaliśmy się na wykończenie Olejowoskiem. Jest kilka firm oferujących ten produkt. My wybraliśmy firmę Fiddes - do nabycia również w internecie. Nie wiem jak  wypada w porównaniu  z innymi, spisuje się chyba nieźle. Aplikacja polega po prostu na wcieraniu go szmatką w podłogę, oszczędną ilością, ale z wcieraniem (koniecznie!) we szystkie zagłębienia i nierówności.
   Wybrany kolor  umiejscowiłbym  "w okolicach" orzecha. Podłogę pokryłem dwukrotnie, przy okazji  niwelując niedociągnięcia kolorystyczne (ślady przypaleń).
   Po przeschnięciu całość przepolerowałem szczotką do wosku na wiertarce, ale taka do butów też by zadziałała.
   Niezaprzeczalną zaletą olejowosku jest wygląd podłogi.  Pewną wadą może być niewielka odporność na uderzenia i upadki ostrych przedmiotów ( odradzam zwłaszcza szalone zabawy z psem;) i spacery w butach prosto z ulicy ), ale wynika ona bardziej z  właściwości podkładu ,czyli drewna. Sądzę, że w przypadku drewna twardego wyglądałoby to nieco inaczej. Z tej jednak  wady wynika zaleta - powłoka pracuje razem z drewnem i nie pęka, ponadto uszkodzenie nie jest czymś takim jak pęknięcie wastwy lakieru i można je błyskawicznie miejscowo naprawić miejscowo tym samym preparatem (nawet przy użyciu pędzelka;)).
  Poza  tym producent oferuje preparaty do łatwej renowacji takiej powierzchni (nie sprawdzałem).
Podłogę myje się i odkurza jak każdą inną (drewnianą - czyli mopem wilgotnym  a nie wlewającym się w szpary).


     Podsumowując- Robota jest rzeczywiście znacznie bardziej skomplikowana niz "tradycyjny" remont podłogi, ale ani przez moment nie wątpiłem, że  warto. Większość wykonanych czynności jest identyczna z procesem renowacji starych, sosnowych mebli (nawet olejowosk podobno się do tego nadaje), więc poradnik obejmuje szerszy temat niż się początkowo wydawało.
    A listwy zamówiłem u stolarza (identyczne ze starymi). Stare, jako tzw. świadka, zostawiliśmy tylko wokół kaflowego pieca.
   Żeby nie było, że przesadzamy;)














Po renowacji, podłoga wciąż wygląda  na swój wiek .Widzimy  idealnie zakonserwowaną powierzchnię o orzechowej  barwie  zanurzonej w oleistej toni z "tępym" woskowym poblaskiem.

 Wiem, że to perwersja ale, żeby nie zniszczyć zabytkowej podłogi, należy chodzić po niej w filcowych muzealnych kapciach.



Tak,  tak jak na Wawelu;)