piątek, 21 grudnia 2012

Świąteczny przepis...




     Życzymy Wam pięknych, baśniowych świąt ! ...grudniowych ciemności, skrzypiących  latarni,  gwiżdżących pieców kaflowych, trzaskających nocą stropów, zapachu igliwia i cynamonu o smaku gorzkiej czekolady i chili  oraz dużo, dużo wina w spiżarni ;)  


 Święta w Mateusie :)



    A ja, jak co roku ślę Wam  nową starą pocztówkę :) oraz wiekową bombkę znaleziona w sekreterze, która z kolei przyjechała do nas  restaurować się z za zachodniej granicy ale właśnie o tym  zjawisku i o tym "co można znaleźć w starych meblach" ( fascynujące  rzeczy :o) niebawem napiszę. Ale od początku, cofnijmy się do czasu kiedy -jak zwykle nas zaskoczyła... nikt nie spodziewał się śniegu tej zimy :)


 Najgorzej miały truskawki, podobnie jak my... 
zaległości we wszystkim, hangar antyków do renowacji, aż chce się wyć :( 
Zasuwając pomiędzy dwoma biegunami znalazłam chwilę by podać Wam świąteczny przepis:



                                                            RENOWACJA DRZWI


      Było już o podłodze, stropach, parapetach, zamkach, przyszła kolej na drzwi. Dość popularnym  w ostatnich latach sposobem usuwania grubych warstw  farb, głównie olejnych z mebli jest ługowanie na gorąco, gdzie cena za wykąpanie np.drzwi to ok. 80 zł.
 Przedmiot zanurzony w gorącym ługu wychodzi czysty, odkażony i pozostaje tylko jego wykańczanie. Prawie wszyscy są zadowoleni ale co zrobić z małą grupą pasjonatów którzy chcą zachować oryginalną warstwę farby klejowej z niepowtarzalnym szaro - błękitnym kolorem, ze wszystkimi przebarwieniami, patyną i blaskiem starego wosku ? zwłaszcza, że te niskie drzwiczki  prowadzą na szachulcowe piętro...nie wspomnę już o drzwiach ozdobionych mazerunkiem czy ludowymi malunkami. Najżmudniejszy sposób to mechaniczne usuwanie farby olejnej pozostawiając w miarę możliwości nienaruszoną farbę klejową :O Potrzebna będzie spora ilość skrobaków, noży, skalpeli i dłut, rękawiczki ! odkurzacz, pędzle, szpachla do drewna, szpachelka, papier ścierny nr. 600, farby akrylowe, wosk bezbarwny.


    Dobór narzędzia do usuwania farby należy do nas, trzeba zrobić próby w niewidocznych miejscach. Centymetr po centymetrze, tydzień po tygodniu, podważając, przyciskając, skrobiąc, pozbywamy się  wielowarstwowej olejnej skorupy.
Cała pokuta polega na tym, że, potrzebna jest anielska cierpliwość - żeby nie uszkodzić oryginalnej farby, co nawet najbardziej wprawionym się nie udaje :) Przewinę sporo do przodu... przychodzi dzień w którym cieszymy się z oczyszczonych drzwi i futryn. W przypadku farby klejowej, powierzchnię delikatnie myjemy gąbką, zwykłym rozcieńczonym w wodzie płynem typu Ludwik i  natychmiast wycieramy do sucha. Czynność ta wykonujemy na tyle szybko by drzwi nie zorientowały się, że namakają :) Następnie szpachlujemy co większe ubytki, a po wyschnięciu ścieramy nadmiar papierem ściernym o drobnej granulacji. Jak widzicie, przybył też porcelanowy szyld ze starej szkoły z pokoju nauczyciela. Myślę, że zaaplikowanie sobie małej działki "wintadżu" ;) raz na jakiś czas, nikomu nie zaszkodzi, szufladowe kolekcje jeszcze nikogo nie zachwyciły, poza ich dziwnym właścicielem a tak - i owszem :)







       Przychodzi czas na retusze uszkodzonych miejsc- tutaj zdajemy się na wyczucie estetyczne renowatora. Możemy dobrać gotowy odcień z wzornika, zanosząc ze sobą kawałek oryginalnej farby do sklepu  lub zmieszać samemu farby akrylowe co też uczyniłam. W przypadku naszych drzwi zużyłam ok. 25 ml farby a zakup farby z mieszalnika to co najmniej litr i lekka różnica w odcieniu. Po wyschnięciu dla zabezpieczenia pokrywamy powierzchnię cienką warstwą bezbarwnego wosku. Wyblakły "szaro-błękitny" to nic innego jak  pochodna błękitu pruskiego, często pojawiającego się wówczas we wnętrzach.
 Kolor ten został wynaleziony w 1704 r. przez J. K. Dippela przy próbach uzyskania eliksiru nieśmiertelności a nazwę swą zawdzięcza od skojarzenia z barwą munduru armii pruskiej. Po skończonej renowacji drzwi wraz z oksydowanymi zawiasami, ze wszystkimi krzywiznami, przebarwieniami, zapadnięciami słojów i patyną - ponownie ujrzały światło dzienne.W efekcie chowamy się w cień, nasza renowacja ma być niewidoczna, drzwi powinny wyglądać na swój wiek i sprawiać wrażenie po prostu dobrze zachowanych.
 



    Dziękuję za przemiłe wyróżnienie od  Moczarowego Ogrodu ,
 jeśli jeszcze nie znacie -polecam zajrzeć! Blog pisany z dużą wrażliwością estetyczną o starym dworze i  przywracaniu świetności należącego do niego cudownego parku.

Do następnego !

środa, 24 października 2012

Oczyma dyni ...

    Czyli przed-halloween-owe opowieści z krypty  ;)



                                                        I     Zostanę, popatrzę...

       Zamglone świerkowe lasy, pagórki z powykręcanymi konarami starodrzewia, na tle ośnieżonych  radio- niebieskich Karkonoszy, idealnie skontrastowane z ciepłą sepią łąk - aż duszno od wzorowego romantyzmu. Fluorescencyjnie kolorowe cmentarze w oparach topiącego się, przypalonego sakrokiczu, gdzie pod bramami zakupoholizm zniczy ubrany w naelektryzowany płaszcz po kolejkowym ocieractwie z futrami wszystkich zwierząt lasu przechodzi w stan całkowitego zaspokojenia. Tym czasem w zapyziałym, wykolejającym się miasteczku - zdetronizowanej stolicy  nieistniejącego już województwa - pustki, rachityczne gołębie, atramentowe tablice unijne, kilkucentymetrowe warstwy plakatów, "sześć luksusowych galerii". Przepraszam na chwilę, szklane brązowe denko mego trunku wznosi się, robi krótkie zaćmienie słońca...aach ! Opuszczając butelkę widziałam człowieka, ale sierp słońca potraktował moje oczy jak kliszę fotograficzną i teraz, gdzie mrugnę- widzę: faceta, który wyłonił się z nieśmiertelnego sklepu "24 h"
 i przemyka na palcach, chytrze mijając ratusz, zadowolony - z wytartą reklamówką...Mrugając- sprawiam, że w opustoszałym mieście roi się od jemu podobnych...
   Rzut beretem od staromiejskich wież, bez możliwości ich zwiedzania (brzmi jak-" tylko bez całowania"...;),
w pewnym szachulcowym domu, spod podłogi strychowej jacyś dziwni ludzie wyciągają fantastyczne zdjęcie i  wyjątkowo zgodnie dochodzą do wniosku, że Halloween to musi być, baaardzo stare  niemieckie święto :)
                                     





                                                II     Zapach wosku, zniczy smród...

  Niegdyś dostojna, wystawna bądź skromna lecz z duchem- dzisiejsza forma pochówku ograbiona jest z magii rytuału, nad którym zatarł ręce otyły sakro-biznes. Świadomość śmierci przeraża nas, odrzucamy ją jak najdalej licząc na zdrowie i aktywność aż do setki, najlepiej pozostawiając atrakcyjne ciało.Czy jest to wykonalne? Chyba nie, ale takie podejście ma coraz więcej zwolenników. Pamiętacie światło i zapach prawdziwych woskowych świec? Architektura dawnych grobowców wciąż budzi respekt w porównaniu z nieładem i zubożeniem obecnej ( wcale nie tańszej). Do początku lat 80 -tych używano jeszcze pięknych, zabytkowych karawanów konnych; wśród pamiątek rodzinnych ostało się jedno takie zdjęcie:




 Mogłoby  tak pozostać- dziś "nowoczesność" zabiła "tradycję" a później- sądząc po efektownych dekoracjach- popełni samobójstwo. Czasem spędza mi sen z powiek pewna wizja : jadę wśród sztucznych lilii, nogami do przodu w bagażniku mercedesa...później- najbliżsi, kopcący plastikowe "dekorki" ... Ceremonia balansuje na pograniczu kiczu- gdyby chociaż zawierała taką jego dawkę, po której w psychice widza nic już nie byłoby takie samo - chyba wstanę, otrzepię się z ziemi i obrażę (obiecuję). A budzić się do życia potrafię z brawurą !  Kiedy by o tym nie opowiedzieć, jak nie w okolicach święta wampirów - taktownie i jak znalazł :). Ostrzegam, że historia niczym z horroru.
       Kilka lat temu, obudziłam się na XIX- wiecznej, pustej sali  pooperacyjnej o uroku nieczynnego dworca kolejowego, z neogotyckimi sklepieniami i jednym łóżkiem. Poderwałam się na raz ! Jakbym dla zabawy nurkowała w wannie, niestety- za wcześnie ?!? Podłączona do aparatury, ze zszytą klatką, spanikowana, w bezdechu, szarpałam się ile sił z włożoną do płuc rurą intubacyjną i nie mogłam jej wyjąć!!! Dusiłam się, usiłowałam dotrzeć do drzwi... z każdym ruchem  rwały się opatrunki, kroplówki, spadało jakieś urządzenie... Kiedy miałam już oczy szeroko otwarte...przybiegli, dali tlen, kłócili się ze sobą...  udało się :)
Czy przeżyłam? nie mam pewności, na pewno nie była to moja pierwsza śmierć- jestem profesjonalistką ;)

        zapraszam...;)

                                             

                                                                  III   Widziadła

       W listopadowej cmentarnej wrzawie można zahamować, wyłączyć kolor - spojrzeć monochromatycznie, wtedy, przez ułamki sekund słychać szwargot rozmów, brzmiący jakby tasowanie kart, zgiełk we wnętrzu ula. Przeszywający świat poza blogowy z prędkością  przewijanego filmu, każdy podmuch wiatru to kolejne centymetry poszarpanych draperii sukien i fraków... wypowiem to szeptem
 - Oni tu są... Zmierzch sezonu jarmarków nadchodzi wraz z pierwszym śniegiem, ale to jeszcze nie teraz - za chwilę, mimo znacznie obniżonej temperatury wciąż się snuje. Zlitowałam się nad XIX- wiecznymi fotografiami (a właściwie fotografiami widziadeł, utleniającymi się i znikającymi), leżącymi w brudnym kartoniku nasiąkającym deszczem.Tuż obok secesyjna kapa - targowa weteranka, z niezmiennym bo niesprzedawalnym  drobnym złomem i porcją ziemi. Jak wszystkie składy bez popytu- grobowiec handlu - namaka. Pęcznieją i pochylają się miśki, napełniają kieliszki, wciąga orzechowa okleina, pod ciężarem wody folie przybierają sylwetki antyków; stary zbereźnik na widok ubłoconych obcasów podżega do zakupu seksistowskimi tekstami, akordeon zwariował, tusz się rozmazuje...kocham ten stan - nic, tylko popatrzeć w kamerę i roześmiać się.








































PS:  Przybyła piaskarka, kompresor i elektrokorund, od przyszłego posta ( chyba, że znów mnie zniesie) wracam do renowacji :) o! i odpowiedziałam na wcześniejsze zapytania:) Do zobaczenia !

piątek, 5 października 2012

Ziemia i porcelana.

         Czasem trzeba się po prostu odezwać ludzkim głosem- ot,  taki- wpis dla wpisu uczynić.
Wszystko dla Was - karton pełen śmieci, który po segregacji "ekologicznie" wrzucam do sieci ;)
    Ale od początku.
    To podobno najprawdziwsze skrzydło jest. Pamiątka z jednej z pierwszych randek;
 oderwane pół mojego życia temu od znicza, który tak okropnie mnie wtedy skaleczył. Najprawdziwsza przeszłość, nieistotne wydarzenia, elementy mojej osobowości, które bez narracji nie mają żadnego sensu. Nie szkodzi- są mi drogie, więc dam im wieczność.
  Ale dzisiaj wieczność - już nie wartość,  więc dam bezkresną oglądalność...




Po demontażu parapetu, który oddalił się, by przepłynąć się w zimnym roztworze z sody kaustycznej, światło dzienne ujrzała  moneta pt "2 pfennig Deutsches Reich 1907"  i  kasztan. Chwileczkę,  proszę poczekać ( szum i kolorowe neonki) - niedoskonała " maszyna" do liczenia podaje, że kasztan tej jesieni obchodził  sto piąte urodziny ;).

         




Myślicie nieraz obrazami? Widząc coś, mam silne skojarzenie z którymś dziełem, sceną z filmu czy książki a nowo poznana osoba przypomina twór złożony z trzech innych wcześniej poznanych - rzucam wówczas hasłami, skrótami myślowymi, których nie rozszyfrowałby nikt prócz moich przyjaciół - cóż, ci są przyzwyczajeni.
       Poniedziałek rano: mąż wrócił z zakupami, otwiera bramkę, zwalnia, stawia powoli torby na ziemi...
 Żona jego jest w innym świecie/ stanie odmiennym, zwariowała bądź nie - uśmiecha się i mocno zajęta mierzy aparatem...
 Jedną z wizji jakimi przesiąknęłam jest cykl obrazów Johna Anstera Christiana Fitzgeralda ( 1819- 1906) :

                                                             "Kto zabił Rudzika?"


   No i sami zobaczcie...





   Poczuliście się zapewne jak w galerii ... Pomijając skromną rolę kota Ryszarda w tym akcie, hm... nie brutalizujmyż, trzeba przyznać że, szczur pięknie odszedł :)

     Wracając do tematu- historia najbardziej przeszkadza w pracy. Plewiąc w ogrodzie natrafiam na "skarb", biegnę "do" - on też rzuca pracę. Później czyścimy, oglądamy, następuje krótka wymiana zdań:  To ja odpalam internet  - a ja zrobię kawę (normalnie by nas wylali :)).




    Innym znaleziskiem ogrodowym jest kielich pamiątkowy z wizerunkiem budowli szczycie na Śnieżki.






      Ale wracając do tematu (jakiego znowu?)- otóż  nie ma dla mnie piękniejszego zestawienia niż ziemia i porcelana. Moje najstarsze wspomnienia sięgają chwil takich jak ta: chowam się na końcu ogrodu, udając że, nie pada i wcale nie słyszę dochodzącego z oddali wołania mamy, w upieprzonych spodniach wygrzebuję z ziemi pomiędzy warzyw porcelanowe kawałki. To było bardzo wciągające... wręcz "fetyszowskie" doznanie.


    Fascynacją straszą chyba od mojej świadomości jest  proces destrukcji. Szczególnie demolki czasu na  przedmiocie idealnym, aż do częściowego  unicestwienia. Odkąd pamiętam- zbieram destrukty.
Pociągają mnie... Wyobraźmy sobie tego procesu początek: formowanie, wypalanie, studzenie,
 ludzki dotyk, walanie się po nieistniejących już szufladach, upadki na ziemię, pękanie, kruszenie...
 i spróbujmy wyobrazić sobie taki dźwięk jaki wydawała ponad stuletnia porcelana podczas swojej destrukcji w przyspieszeniu 100 lat / 1 minutę ...  istny wrzask przedmiotu.
























 Drodzy Czytelnicy !  Minął ponad rok odkąd zaczęłam ( a niekiedy i zaczęliśmy) blogować w tzw. międzyczasie a moja praca została doceniona konkursowym wyróżnieniem z czego jestem ostatnio dumna :)
 Dziękuję za  zainteresowanie, komentarze, maile, będące dowodem na to że, naprawdę jesteście po tej drugiej stronie pleksy  :)  Dzięki, pozdrawiamy i ...                            



                                         do zobaczenia :)




niedziela, 8 lipca 2012

Stary zamek



Żelazne zamki, klucze, okucia, szyldy, zasuwy ,ciągadła, haki, haczyki,kraty, "wihajstry", łańcuchy, skoble czy drzwi...Wraz z wymarzonym wiejskim domem kupujemy całą galerię kowalskich czy ślusarskich wyrobów, które są nieodłączną częścią poszukiwanego "klimatu". Im dawniej tym ciekawiej.W naszym przypadku początek wrażeń przypada na koniec XVIII wieku. Po inwentaryzacji ( wstępnie naliczyłam 22 zamki puszkowe) sporządzeniu listy brakujących części, zwykle przychodzi czas na czyszczenie i naprawę. na nowe nie ma się co oglądać, jeżeli zależy nam na zachowaniu atmosfery dawnych wieków. Wstawienie nowych spowoduje ,że cały plan ukazania duszy starego siedliska wywraca się jak domino.


  Oczywiście, ja tu sobie piszę... a Państwo w swoich osobistych wnętrzach robicie co dusza zapragnie - i tak powinno być:), mam tylko nadzieję, że od czasu do czasu zainspirowany czytelnik pobiegnie na swój strych, wytarga "coś", wyczyści i popatrzy z uznaniem:). Chcę dołożyć cegiełkę do rozpowszechniania mody nie tyle na antyki z górnej półki - bo ta jest i będzie, czy sztukę zwykle nieosiągalną dla przeciętnego śmiertelnika ale na drobne przedmioty użytkowe, detale architektury, ślady dawnego rzemiosła, byśmy nie patrzyli z niesmakiem na starą podłogę czy zamek do drzwi ale z uznaniem, że tyle przetrwał, jest nasz a dzięki naszej trwałości będzie trwał dalej.

 Mit niejakiego "promowania niemieckości" ( hmm...), kiedy ta "niemieckość" jest także elementem mojej małej ojczyzny, pora zamienić na zwykłe, ludzkie: "dbam o to, co mam". Moje przywiązanie do Dolnego Śląska uwiarygadniają i pieczętują groby - aż po prapradziadków, zatem co miałabym zbierać i sklejać jak nie tę właśnie historię ? Kupując stary dom pamiętajmy ,że nie jest to anonimowy teren inwestycyjny ale część krajobrazu kulturowego, Tamtych i Nasza wspólna historia, której pogrzebać się nie da - tak jak Miedzianki... czy byliśmy tego świadomi czy nie, staliśmy się jej strażnikami.

 Fascynacja metalem może doprowadzić do posiadania małego złomowiska np. przy okazji poszukiwań materiałów do zdjęć natrafiłam na skrzynie XVII i XVIII-wiecznych zardzewiałych zamków meblowych,  skórzanych szyldów, kutych gwoździ i stuletniej egzotycznej okleiny ( wszystko się przyda;).


 W okolicy dwóch ślusarzy naprawia stare zamki , jeden jest drogi, solidny i bardzo zajęty, a drugi tańszy i szybki choć nieco nieprzewidywalny, ale ma jedną przewagę  - zna lepsze o zamkach historie... Wziąłem kiedyś do naprawy zamek, olbrzymi-, okuwany, barokowy i za cholerę nie mogłem go otworzyć. Już myślałem, że będzie trzeba go rozciąć kiedy przypadkowo zahaczyłem o jeden z ozdobnych guzów ,który wyglądał na urwany łeb jednego z gwoździ mocujących zamek do skrzyni i przesunąłem w prawo - otworzył się gładko to była cała zagadka (a za naprawę  i tak skasowałem;!  Tak naprawdę język opowieści brzmiał "nieco" inaczej, ale też melodyjnie...
Przyszły i na myśl muzealne eksponaty np.
                                                      http://www.obernkirchen-info.de/

                           http://www.krajoznawcy.info.pl/warownia-pelna-tolerancji-7395

   Czyszczenie jest proste i przyjemne a sposobów kilka i wszystkie skuteczne jeśli efekt końcowy jest następujący: Powierzchnia metalu jest czysta, z połyskiem, ale z zachowanymi śladami powstałymi w czasie procesu wytwarzania (kucia, ręcznego szlifowania, nitowania i cyzelowania.) Z tego względu odpadają wszelkie mechaniczne sposoby zdzierania farb, czy rdzy a zwłaszcza użycie szlifierki kątowej -po takim "zabiegu"  zabytkowy zamek zamienia się w zwykły kawałek blachy. A najlepsze jest to, że takie metody nie dość że niszczycielskie to jeszcze są bez porównania bardziej pracochłonne od metody najprostszej i najdokładniejszej- kąpieli w roztworze sody kaustycznej (często spotykanej w sklepach także pod nazwą "udrażniacz do rur"). Czas zanurzenia- do skutku. Aby to sprawdzić- wystarczy umyć przedmiot pod kranem starą szczoteczką do zębów. Przy okazji usuwamy też smary i śmieci, których w starych zamkach zwykle nie brakuje. Po kąpieli przedmiot czasem okazuje się niemal gotowy do wyeksponowania, ale zazwyczaj wymaga usunięcia kolejnej "przeszkadzającej" warstwy, czyli rdzy. (choć ta, zależnie od inwencji właściciela,  jak najbardziej może posiadać wartość dekoracyjną- niewątpliwie wzmacnia wrażenie "starości" przedmiotu).

  Tutaj także nie ma jakiejś szczególnej tajemnicy- najprościej będzie użyć odrdzewiacza  znanego pod nazwą  np. Fosol. Właściwie istotny jest jego główny składnik, czyli kwas fosforowy (notabene występujący również w Coca-Coli , która w związku z tym również sprawdza się jako odrdzewiacz w łatwiejszych przypadkach). Najlepiej kupić większe opakowania np.dwu litrowe, aby móc zanurzyć większy przedmiot (zamek) w całości- inaczej na granicy zanurzenia pozostają ślady, raczej niemożliwe do usunięcia. Przedmiot można trzymać bezpiecznie w odrdzewiaczu ok. 1-2 dni. bez przerwy, ale pod kontrolą. Co jakiś czas trzeba go wyjąć i przeczyścić  grubą wełną stalową ,ew. takąż szczotką miejsca bardziej zardzewiałe. Jeżeli przez roztargnienie zapomnimy o kąpieli, możemy osiągnąć skutek hmm, przerastający nasze oczekiwania, gdyż preparat po "spożyciu" rdzy zabiera się za metal, co może jednakowoż dać ciekawe efekty, przez odsłonięcie struktury krystalicznej metalu ( ale z konserwacją ma niewiele wspólnego,a estetyka jest trudna do przewidzenia- nie polecam):  
 Docelowo jest w stanie całkowicie rozpuścić przedmiot dlatego najlepiej nastawić parę alarmów;).

Po wyjęciu i osuszeniu przedmiotu wystarczy wypolerować go drobniejszą wełną stalową  grub. 0. Potem cienka warstwa rozcieńczonego( matowego) lakieru zapobiegającego utlenianiu (np. typu Capon) możemy podziwiać zamek i siebie;)






Inne przypadki:
Przybijane elementy maja marne szanse na przetrwanie nawet ostrożnego zdejmowania, bądź źle wychodzi na tym "obiekt główny", np. w przypadku tego szyldu od skrzyni posagowej, ( co ciekawe z zachowanymi kawałkami lakowej pieczęci)- zdejmowanie ( i czyszczenie) jest trochę niepożądane.



Szyld od XVIII-wiecznej skrzyni.
 Na zdjęciu jeden z zawiasów, które wraz z drzwiami ( jak i całą stolarką domu) zamalowane były białą farbą olejną, po mechanicznym oczyszczeniu drzwi w oryginalnym szaro-błękitnym kolorze ( odcień modny ok połowy XIX wieku). Zawiasy okazały się być pokryte grubą warstwą oksydy ( w wersji najbardziej tradycyjnej - przez nakładanie i zwęglanie kolejnych warstw oleju), co udało się wyeksponować.Walory estetyczne historycznego wykończenia  moim zdanie znacznie przewyższają te uzyskane za pomocą współczesnych powłok antykorozyjnych.


    W wejściu do dawnej izby zrębowej zawiasy wraz z drzwiami pokryte są mazerunkiem (zwanym też : fladrowaniem czy słojowaniem) -  technice zdobniczej polegającej na  polichromowaniu tańszego drewna, malarską imitacją  usłojenia szlachetnych gatunków drewna. Zdarzają się przypadki prawdziwego artyzmu, kiedy uzyskany efekt niezwykle trudno odróżnić od prawdziwego forniru. Był to efekt rozdźwięku między cenami szlachetnych fornirów (astronomiczne) a zarobkami drobniejszych rzemieślników.
W przypadku naszego domu mazerowane były wszystkie drzwi parteru, najstarsze pochodzą z pocz. XIX wieku. Na przestrzeni lat wyraźnie obniżał się poziom wykonywania mazerunków, im starsze drzwi czy meble tym imitacja słojów jest trudniejsza do odróżnienia od oryginału ( mamy nawet namalowane sęki).
     







Na koniec małe metalowe znalezisko;)
 moneta z 1941 r. która tkwiła wciśnięta w szczelinę piaskowcowego parapetu.



Do następnego !